wtorek, 31 grudnia 2013

Szczęśliwego Nowego Roku!

Kiedyś zawsze robiłam bilans Starego Roku i zapisywałam plany na Nowy. Tym razem odstępuję od tej zasady z powodów osobistych - był to dla mojej rodziny bardzo smutny rok. Dla siebie mogę życzyć jedynie, oby ten nadchodzący był lepszy!
 
Dla Was zaś kochani, którzy zaglądacie do mnie, którzy inspirujecie mnie i dodajecie odwagi w pokazywaniu moich  umiejętności życzę: pomyślności na każdy dzień 2014 roku, nowych twórczych pomysłów i jak zawsze pięknych, wyczarowanych swoimi rękoma robótek szydełkowych, drutowych, koralikowych itp.
 
Niech Nowy Rok przyniesie nam wszystkim wiele sukcesów, odważnych marzeń, śmiałych decyzji, satysfakcji z realizacji zamierzeń, zdrowia i miłości!



niedziela, 29 grudnia 2013

Ażurków ciąg dalszy i śpiące koty

Święta, święta i po świętach....
Tak szybko zleciały te dni, że prawdę mówiąc nawet nie poczułam aury świętowania. Pierwszy dzień świąt spędziłam z młodszą córką w szpitalu, bynajmniej nie z powodu przejedzenia, ale z powodu przeziębienia, które po zbadaniu okazało się zapaleniem oskrzeli. Tak więc dodatkowym gościem świątecznym było choróbsko i jak to mówią: bieda lubi chodzić parami, dzisiaj spędziłam kilka godzin ze sobą i starszą córką również w szpitalu, bo oczywiście złapałyśmy infekcję. Kaszlące i kichające grzecznie ustawiłyśmy się w kolejce wśród tłumu podobnych nam pacjentów. Dodatkowo przyplątała mi się rwa kulszowa, dostałam zastrzyk, nie powiem gdzie (można się domyśleć) i leki do domu.
Tak więc dziewczyny leżą w łóżku, ja, skoro zastrzyk działa - mogę siedzieć na krześle i coś tam na koniec roku napisać. Ponieważ jesteśmy: kichające, kaszlące, jęczące i nic nie mogące - oczywiście leniuchujemy, co raczej nie zyskuje aprobaty męża i taty - no bo jak to można przy takiej pogodzie zachorować itp... Ale tak to już jest. Jak tylko kobieta zachoruje, to nie daj Boże, ale jak sami chorują, ooo - to wtedy - koniec świata, najchętniej siedzieć przy nich i trzymać za rączkę i pocieszać! Nie inaczej.
Dzisiaj pochwalę się robótkami w kolorze beżu i jasnego brązu, który był jakiś czas moim ulubionym kolorem,  szczególnie w okresie lata. Bluzeczki te udziergałam  kilka kilogramów mniej temu (czytaj: kilka lat temu), teraz pewnie będą nosić je moje córki, bo na mnie ciut przyciasne. Dwie pierwsze wykonane są z bawełny, trzecia z podwójnej nici kordonka Maxi. Wszystkie bardzo lubiłam, na upały nadawały się wyśmienicie.  Teraz już raczej dla siebie nie robię wzorami ażurowymi, a przynajmniej nie wszystko, bo to i owo trzeba zasłonić, szczególnie brzuszek...



 

Tej ostatniej bluzce poświęciłam dużo czasu, bo po zrobieniu okazała się za wąska. Nie byłoby sensowne pruć, zwłaszcza, że robiłam ją od dołu, toteż górę sprułam do koronki, nabrałam większą ilość oczek między oczkami pętelek i przerobiłam na nowo przód i tył słupkami, dodatkowo wstawiłam koronkową plisę wzdłuż zapięcia i obie części połączyłam sznureczkiem z łańcuszka.
Wszystkie bluzeczki to oczywiście mój pomysł, bo jak wiecie lubię eksperymentować ze wzorami, czasem kilkoma naraz, co jest i większym wyzwaniem i dużym polem do popisu.

Na koniec kilka "śpiących" zdjęć naszych podopiecznych: Kici, Bambusia i Gucia.

                                                                     Gucio


                                                             Kicia i Gucio



Tu ze mną śpiący Bambuś. To jest jego wieczorny rytuał, poprzytulać się do mnie, podrapać moją szyję pazurkami, a potem zrobić przewrotkę i zasnąć przytulonym wiadomo gdzie, i smacznie spać. Ja oczywiście leżę bez ruchu, nieraz zdrętwiała, ale czego się nie robi dla swojego pupilka. Rano jest tak samo, ponieważ śpi w nogach, to jak tylko usłyszy, że się budzę, już jest przy mnie i wita się z czułością, a potem przewrotka, wtulenie się w ulubione miejsce i spanie - rano krócej, bo jak usłyszy, że Kicia i Gucio już na nogach, dołącza do nich i czeka grzecznie na śniadanko.



Ostatnio ulubione miejsce spania Gucia i Bambusia - na zmywarce. Najlepiej im się śpi, jak zmywarka  jest włączona.
To tylko niektóre zdjęcia miejsc śpiących pręgowatych.

niedziela, 22 grudnia 2013

Świąteczne Życzenia


 
 
Błogosławieństwa Bożej Dzieciny
co odkupiła ludzkości winy.
Zdrowia, spokoju, radości, szczęścia, 
życzę każdemu na te Święta.
 
 
Te życzenia kieruję do wszystkich osób, które obserwują mój blog oraz do tych, do których ja sama zaglądam. Ten świąteczny czas spędźmy w rodzinnym gronie, w atmosferze niepowtarzalnych wzruszeń i radości, niech nie opuszcza Was pomyślność i spełnią się najskrytsze marzenia.
                                                                                                          Małgosia

piątek, 20 grudnia 2013

Białe jak śnieg - bluzeczki na szydełku i na drutach

Coraz bliżej Święta.... a śniegu ani, ani.... Gdzieniegdzie zostały jakieś resztki po ostatniej śnieżycy, ale i one przybrały szaro-bury kolor. Tęsknię za śniegiem, mimo, że nie lubię zimy i chętnie za przykładem co niektórych zwierząt, zapadłabym w sen zimowy.
Dlatego w dzisiejszym poście dwie robótki w kolorze bieli. Pierwszą wykonałam na drutach już parę lat temu, druga szydełkowo-drutowa to mój letni udzierg. Bardzo lubię obie bluzki, choć "z wiekiem" zastanawiam się czy wypada mi nosić takie ażurki.
 































niedziela, 15 grudnia 2013

Zupełnie nie pasujące do siebie smaki - pierniczki i śledzie

Niedzielny wieczór upłynął mi i Basi na lukrowaniu pierniczków. Lukier zrobiłam z wody, soku z cytryny i cukru pudru. Dziewczyny kupiły pisaki cukrowe, posypkę do dekorowania i taki misz-masz przyozdobił nasze pierniczki. 
Oto pierniczki upieczone wg przepisu Oli:
Przepis jest wyśmienity, pierniczki smakują wybornie, tylko muszę sobie zakodować, by zawsze ściśle trzymać się przepisu, jak pisałam w poprzednim poście, chyba dałam za dużo mąki, a potem porcję na pierwszą blachę przygotowałam zbyt cienką. Upiekły się ładnie, ale były twarde. Gdy zajrzałam do internetu przeczytać przepis, okazało się, że Ola rozwałkowuje ciasto na grubość ok. 8 mm. Następne porcje już były grubsze i te pierniczki są najlepsze. Połowa pierniczków już zjedzona i nie wiem, czy do Świąt wystarczy, zwłaszcza, że dziewczyny zabierają je na wigilijki klasowe.
Podzielę się również z Wami moim ulubionym przepisem na śledzie. Moja Mamusia nazywała je po grecku, choć z potrawą "ryba po grecku" nie miały nic wspólnego. Ta nazwa przylgnęła do tego przepisu i w naszej rodzinie egzystuje. Śledzie te przygotowuję biorąc wszystkie potrzebne składniki "na oko", ale w końcowej fazie każdy ze składników nie może przeważać, a jednocześnie ma być wyczuwalny korzenny smak.
ok. 1 kg śledzi dobrze wymoczonych (bez ości)
       3-4 średnie cebule pokrojone w kostkę lub wiórka
       1 słoiczek koncentratu pomidorowego
       do 10 ziaren pieprzu, ziela angielskiego
       3-4 goździki
       kilka liści laurowych
       2-3 łyżki octu (ja wlewam ocet stopniowo, by nie przeważył w potrawie jego smak)
       2 łyżki wody
       garść rodzynek wcześniej namoczonych
       kilka pokrojonych śliwek w occie (niekoniecznie)
       sól, pieprz do smaku
       olej
Rozgrzać olej, włożyć cebulę, przyprawy i dusić do miękkości, dolać 2 łyżki wody i ocet, wsypać rodzynki, śliwki i chwilę jeszcze dusić. Dodać koncentrat pomidorowy, dobrze wymieszać, spróbować. Przyprawić pieprzem, ew. solą. Wszystkie składniki mają być wyczuwalne. Odstawić do wystygnięcia.
W słoiku układam warstwowo: warstwa zalewy, warstwa śledzi, itd. Ostatnia ma być warstwa zalewy. Odstawiam do lodówki, na drugi dzień gotowe do spożycia. A potem taka porcja znika w ciągu dwóch dni.
Smacznego!

czwartek, 12 grudnia 2013

Szydełkowa firanka

Święta tuż, tuż. W  robótkowie nic się nie dzieje, no może tylko to, że zmagam się ze wzorem czapki Poppy. Bardzo podoba mi się jej fason i chciałam sobie zrobić podobną, ale oczka skrócone "powaliły mnie na linii frontu". Kiedyś przerabiałam je zupełnie inaczej niż w opisie wzoru.  Dopiero po przejrzeniu wszystkich metod robienia tych oczek, wybrałam tę najbardziej prostą (korzystałam z filmiku na DROPS VIDEO). Cały wczorajszy wieczór zeszedł mi na robieniu pierwszego segmentu czapki, a właściwie robieniu i pruciu. Po kolejnym pruciu dałam sobie spokój i odłożyłam druty na bok. Pewnie zmierzę się z czapką już po świętach, bo wymaga to, niestety więcej czasu.

Dalszą część wieczoru poświęciłam na zarobieniu ciasta na pierniczki. Zawsze robiłam wg wypróbowanego przepisu, po upieczeniu pierniczki musiały kilkanaście dni poleżeć, żeby zmiękły. W tym roku pokusiłam się na przepis, jaki znalazłam na blogu Ażurek drutuje. Zdjęcia Oli pierniczków tak przemówiły do mnie, że postanowiłam skorzystać z tego przepisu. Tylko boję się, że dałam za dużo mąki ( nauczka, by dokładnie czytać przepis!) Dzisiejszy wieczór upłynie mi na pieczeniu. Ciasta jest cała micha, wyjdzie pewnie dużo pierniczków, zwłaszcza, że córcie chcą je na wigilijki klasowe.

Dzisiaj zaś pokażę firankę, którą zrobiłam dla bratowej męża. Robiło mi się nawet dość szybko, choć nie obyło się bez niespodzianek. Pierwsza, to jak okazało się, że połączyłam kwadraty prawą stroną na lewą. Dla niewtajemniczonych nawet nie byłoby widać różnicy, ale dla mnie rzecz nie do pomyślenia. Musiałam popruć kilkanaście kwadratów (na szczęście były to tylko ostatnie rzędy łączeniowe) i na nowo połączyć już właściwie. A potem po zrobieniu i wykończeniu ozdobną koronką na dole okazało się, że firanka jest za mała. Jak to się stało? A no tak: po zrobieniu pierwszego kwadratu zmierzyłam jego bok i obliczyłam, ile kwadratów ma wejść na szerokość docelową i tyle zrobiłam. Wykończyłam dół firanki ozdobną koronką i zadowolona, że oto firanka jest gotowa chciałam sprawdzić jak wygląda na oknie. Zawiesiłam na karniszu i co się okazało? Jest za wąska i za krótka. O zgrozo! To ja szczęśliwa, że wreszcie koniec tej mitręgi, a tu taka niespodzianka! I doszłam po rozum do głowy, że jak się zawiesza firankę na karniszu, to przecież materiał się marszczy i dotyczy to nie tylko firanek z tkaniny, ale i robionych z kordonka. Musiałam spruć dolną koronkę i  na nowo dorabiać kwadraty. W sumie wykonałam 98 kwadratów (18x18cm).


Dysponuję zdjęciami, które robiłam, gdy firanka była za krótka. Na oknie zresztą widać, że taka jest. Do parapetu brakowało dwa rzędy, wzdłuż boków dorobiłam trzy. Na nowo musiałam zmierzyć się z dolną koronką, ale zmodyfikowałam ją po swojemu, bo oryginalna byłaby za długa.


















Wzór z zeszytu  Robótki Ręczne - Sabrina extra  4/2011.

sobota, 7 grudnia 2013

Czerwone serduszka

Dzisiaj prezentuję "resztkowe" serducha z czerwonej kory, obrębione kordonkiem. Aby zaakcentować, że nie są to serduszka walentynkowe, poprzyszywałam drobne ozdóbki z koronki, koralików i wstążek,  nadając im choć trochę świątecznego charakteru. Najdłużej schodziło mi przy kordonkowym wykończeniu i choć  nie jestem zadowolona z efektu, ulżyło mi gdy skończyłam ostatnie. Ale poprawiać nie będę, niedoskonałości ukryją się w gałązkach choinki, którą ozdobią.



Ponieważ w ubiegłym roku miałam choinkę tylko w kolorze srebra, w tym postawię na srebro i czerwień. Przepatrzyłam ozdoby choinkowe tatusia i będę miała trochę roboty z przystosowaniem ich do czerwonej kolorystyki. Mam tylko nadzieję, że  moje koty nie zgłupieją na widok choinki i pozwolą nam się nią cieszyć. W ubiegłym roku ubrana choinka była w pokoju tylko przez niecałą godzinę, koty tak przy niej dokazywały, tak na nią skakały, łapkami zrzucały bombki, że niestety musiałam wynieść choinkę na loggię. Stała tam biedna przez cały czas, aż wszystkie igiełki opadły na podłogę, a jak tylko otworzyło się drzwi na loggię, to kocie towarzystwo migiem znajdowało się przy niej i zabawa zaczynała się na nowo.
 Po niedzieli planuję wypiek pierniczków - mam zamówienie na wigilijki urządzane w klasie mojej starszej córci Hani. W ubiegłym roku zaniosła do szkoły, widocznie posmakowały.
Zastanawiam się coraz częściej, że zbyt mało czasu poświęcam na robótki szydełkowe. Czy przyszło na mnie "zmęczenie materiału?" Czy po prostu, powinnam zrobić sobie na jakiś czas przerwę od szydełka i sięgnąć po druty, co ostatnio zdecydowanie mnie w ich kierunku ciągnie. Mam w głowie kilka projektów  i kto wie, czy nie pokuszę się na ich realizację. Jeden minus w tym, że drutami robię wolniej niż szydełkiem. Chciałabym już zacząć, ale ponieważ święta zbliżają się wielkimi krokami, wiadomo, że wszystkie siły kieruję na porządki domowe, by w tygodniu przedświątecznym skupić się tylko na przyrządzaniu świątecznych potraw.
Ksawery szaleje na całego. Miałam jutro zawozić Basię na mikołajkowy turniej karate, ale chyba będzie musiała zrezygnować z uczestnictwa, bo przy takiej pogodzie wątpię, byśmy mogły dojechać do celu. Szkoda, bo trenowała do tego turnieju ostro i bardzo chce w nim brać udział. Ale od czasu do czasu wyglądam przez okno, poprawy pogody nie widać, wręcz przeciwnie. Rosnący blisko okna świerk szoruje swymi gałęziami po szybie i czasem mam wrażenie, że przeorze ją na wylot. Oby jak najszybciej zakończył się ten taniec.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Kolejne mitenki i czapka do kompletu

Dziś obiecane mitenki i czapka, którą wykonałam dla siostry w prezencie. W rozmowie telefonicznej siostra dziękowała mi zwłaszcza za mitenki. Jako, że nie nosi rękawiczek, mitenki okazały się dla niej znakomitą alternatywą.




Jak zwykle przy robieniu czapki zmitrężyłam najwięcej czasu. Już tak mam, że do wyrobienia denka robi mi się bardzo szybko, natomiast, gdy mam oczka spuszczać, ( dotyczy to zarówno przy robieniu szydełkiem, jak i drutami) zaczyna się przymierzanie, aby nie była czapka za wąska lub za szeroka. Pal  licho, jak robię szydełkiem, spruję i robię na nowo, gorzej, jak mam spuścić oczka z drutu, zmierzyć czapkę na głowie i  na nowo nawlekać oczka na drut. Tego najbardziej nie lubię, a że jestem zbyt dokładna i wszystko ma być jak należy, to dlatego "bawię się" ze spuszczaniem i nawlekaniem na nowo. Dlatego czapki robię jak najrzadziej , dla siebie wolę kupić w sklepie i mam problem "z głowy".