piątek, 26 kwietnia 2013

Początki - sweter żakardowy

Moje zmagania z drutami i szydełkiem zaczęły się, gdy miałam dwanaście lat (jak ten czas szybko leci!) To wtedy podglądałam, jak moja Mama zawzięcie macha drutami i z kłębka włóczki wyczarowywuje cudeńka. Jak ja chciałam tak samo robić! Moja Mama należy do osób, które uważają, że człowiek powinien sam dążyć do celu i że jeśli chciałam drutować czy szydełkować, mam się sama nauczyć. Były to lata siedemdziesiąte, więc nie było dostępu tak jak teraz do internetu, gdzie można znaleźć wszelakie wzory,  a w sklepie przeróżne włoczki. Pamiętam, jak uczyłam się na gwoździach (tak, pewnie wiele z Was będzie zaskoczone tym narzędziem pracy), ale taka prawda. Zaczynałam na gwoździu. Mama po długich namowach, pokazała mi podstawowe oczka  i rzuciła na głęboką wodę. Cierpliwości mi nie zabrakło i po latach Mama sama przyznała, że "uczeń przerósł mistrza". Dla mnie był to największy komplement, bo rzadko kiedy można Mamę było zadowolić. Wtedy też Mama zaczęła kupować mi włóczki , druty czy szydełka i tak dziergałyśmy razem siedząc obok siebie. Myślę, że podejście Mamy do mojego hobby miało też dobre strony, bo niby ta Jej niechęć do nauczenia mnie wcale mnie nie zniechęciła, a wręcz przeciwnie, umocniła, że chcę to robić. Ileż ja wtedy narobiłam sobie bluzek, sweterków i sukienek! Jak zaczęłam pracować, prawie codziennie miałam na sobie nowy wydziergany ciuszek. Gdy mi się znudził, albo po praniu zmienił kształt, wtedy prułam i przerabiałam na nowo. Niewiele z tych rzeczy zachowało się do dnia dzisiejszego, (oddawałam do PCK). Teraz żałuję, bo moje córki miałyby gotowe rzeczy. Teraz robię przeważnie dla nich, choć nie zawsze są chętne do noszenia dzianinek. Polubiłam też dzierganie serwetek, firanek i obrusów. Na nowe mieszkanie planuję własnoręcznie wydziergać firanki, choć wolę okna bez  nich.

A tu prezentuję Wam mój sweterek robiony przeze mnie ze 25 lat temu. Zachował się prawie w idealnym stanie i teraz noszą go moje córki. Sweter jest robiony wzorem żakardowym z anilany białej i granatowej. Wzór pochodzi prawdopodobnie z gazety "Gospodyni". Piszę "prawdopodobnie", bo niestety nie pamiętam i nie zachowałam tego wzoru :(



środa, 24 kwietnia 2013

Powitanie

Witam. Jestem po raz pierwszy własnoręcznie w świecie blogerów. Oczywiście ten świat nie jest mi obcy, bo odkąd mam dostęp do internetu, to często bywam u innych, a przeważnie u tych, co tak jak ja są fanami szydełka. Codziennie zaliczam seans wpadania bez zapowiedzi do kilkunastu osób i obserwuję, czytam, podziwiam i zazdroszczę talentu (ale raczej w pozytywnym znaczeniu tego słowa, jeśli  w zazdrości można zobaczyć jakieś pozytywy). Bo wiem, że każdy ten talent okupił ciężką pracą, że samo przecież nie przyszło, tylko trzeba było nauczyć się drutować, szydełkować, haftować, tworzyć zapierające dech w piersiach  cudeńka. I właśnie ja oglądając te cuda z całym szacunkiem podziwiam, podziwiam, podziwiam... Moje córki namówiły wreszcie i mnie, bym nie tylko obserwowała, ale założyła blog na którym mogłabym umieszczać swoje dokonania.

Długo dojrzewałam do tej decyzji, bo raczej nie lubię się chwalić, zwłaszcza, że są zdolniejsi ode mnie, ale co mi tam. Najwyżej będzie to taki sobie pamiętniczek dla moich córeczek. No bo przecież moje córeczki tego zamiłowania do robótek drutowo-szydełkowych nie odziedziczyły po mamusi. Niestety, ale za to mają inne zainteresowania, a można o ich działalności przeczytać na ich blogach: "Książki i nie tylko" i "Książki moim życiem".

No to już pochwaliłam się moją drugą pasją - córeczkami (choć książki to też moje zainteresowanie.) Rozpędziłam się jak na pierwszy mój wpis, gotowa spisać w nim swój cały  życiorys, ale chcę na koniec napisać o moich podopiecznych pupilach-dwóch kotkach buraskach. Ten starszy Bambuś dotarł do nas aż z Głogówka- od mojego brata, którego kotka powiła sześcioraczki. Zamawiałam kota biało-czarnego, ale brat tak szybko rozdysponował potomstwem Rudej, że  został mu tylko burasek. I tak Bambuś trafił do nas. Nie zamieniłabym go na innego, bo to szczególny kociak. Może nie uwierzycie, ale jak był mały to wołał za mną ''ma-ma", nie zasnął jak się nie poprzytulał, nie wymruczał mi do ucha mruczanek, i nie otrzymał odpowiedniej ilości głaskań. Tak jest do dziś. Moje córeczki zazdroszczą mi, że on tylko mnie uważa, od nich ucieka. I nie chce się do nich przytulać. I jak tylko nadarzyła się okazja, przygarnęły małą znajdkę. Boże, na co ten kociak był chory, jak przyniosły te kupkę nieszczęścia do domu. Koci katar (którym zaraził Bambusia), pchły, robaki, tasiemczycę, świerzb uszny, zaropiałe oczy i nos, opuchnięty brzuszek, zapalenie krtani. Jak go zobaczyłam, oczy same łzami podchodziły. Kuracja sporo mnie kosztowała, prawie podwójnie, bo Bambusia też trzeba było leczyć, ale Gucio odwdzięczył nam się w dwójnasób. Jest to taka przylepa, pieszczocha, mruczysław itp. Kiedy już będę zamieszczać zdjęcia pokażę te nasze skarby.

A tymczasem pozdrawiam moich pierwszych czytelników mając nadzieję, że nie zanudziłam Was napisanym postem. :)