piątek, 18 listopada 2016

Szydełkowa suknia dla Barbie

Kreacja Barbie powstała jeszcze latem, nie miałam okazji do pokazania, wsadziłam gdzieś pudełko z nowymi ubrankami lalek i nie mogłam go odnaleźć. Jak to mówią: "diabeł ogonem przykrył" :)).
Ponieważ nowa robótka, którą teraz dziergam, będzie bardzo duża i długo czasu upłynie zanim ją tutaj pokażę, aby blog nie pokrył się kurzem, od czasu do czasu pojawią się na nim wydziergane nowe ubranka Barbie. Jednocześnie będzie to taka archiwizacja moich dokonań na tym polu, mam też nadzieję, że nie zanudzę Was nimi :)).









*
Życzę przyjemnego weekendu i słonecznych sobotnio-niedzielnych chwil :))

środa, 16 listopada 2016

Placki ziemniaczane z czerwonym buraczkiem i moje koty

Jak mam chandrę (niestety, wciąż myślę o Uszatku), zawsze łagodzę ją - jeśli można złagodzić ten stan w ogóle - jakimś ulubionym daniem. Przeważnie są to racuszki albo placki ziemniaczane. Dzisiaj więc kolej była na placki. Zwykle dodaję starte jabłka, gruszki, marchew, cebulkę. Tym razem dodałam ugotowany czerwony buraczek. Placki nabrały żywszej barwy, smakowały jak zawsze. Z dodatkiem powideł śliwkowych były wyborne. 

5 średniej wielkości ziemniaków
1 średniej wielkości ugotowany w łupince czerwony buraczek
2 jajka
łyżka mąki ziemniaczanej
2 - 3 łyżki mąki pszennej
sól, pieprz do smaku
Ziemniaki utrzeć na tarce o drobnych oczkach, dobrze odcisnąć, a po ustaniu płynu, nadmiar jego zlać i otrzymaną skrobię dodać do farszu. Dodać starty buraczek. Dodać jajka, obie mąki, przyprawy i dokładnie wymieszać. (jak mam czas, oddzielam białka i z nich biję pianę, którą dodaję do placków). Smażyć na bardzo rozgrzanym tłuszczu, na złoty kolor. Podawać gorące z ulubionymi dodatkami. U mnie - powidła śliwkowe :))


Na patelni widać czerwone "łezki" buraczka:

Smacznego!

*

Czasem dobrze jest się przytulić do braciszka :))

Najpierw nieśmiało, coby nie spłoszyć:

Potem coraz bliżej:

jeszcze bliżej: "ups - odwrócił się!"


"uff - nie pogonił, można spać":

:))))))))))))

*
Na zdjęciach fragment mojej obecnej czerwono-granatowej robótki. Ten projekt pozwoli mi na pozbycie się znacznie większej ilości włóczki, co bardzo mnie cieszy :))).

wtorek, 15 listopada 2016

Kocie sprawy - Uszatek

Od wiosny bywał wokół naszego bloku zabiedzony kociak. Długo trwało, żeby go oswoić, chociaż znać było, że kiedyś miał do czynienia z "ludźmi", bo na "kici, kici" podchodził, jednakże na wyciągniętą rękę w jego kierunku, cofał się z przestrachem i syczeniem. Niewykluczone, że w swoim małym, kocim życiu doświadczył zła. Z czasem, gdy systematycznie dawałam mu pod balkonem jeść i pić, nabierał do mnie zaufania i po dwóch, trzech tygodniach dał się pogłaskać po raz pierwszy, ale dość krótko, bo potem znów zaczął prychać i wyciągać pazurki. Z racji klapniętego uszka został "Uszatkiem", tak jak nasze koty są nazwane imionami postaci z bajek, tak i on tak nazwany został. Ale czas w miejscu nie stoi. Po wiośnie przyszło lato, po lecie jesień i to dość chłodna i deszczowa. Kiedy tylko nastały chłody zaczęłam się martwić Uszatkiem, bo choć karmiłam go już na balkonie i zrobiłam mu miejsce do spania ze starej szafki, opatulone grubymi kocami i kartonami, to jednak takie improwizowane schronienie nie nadawało się na coraz mroźniejsze noce. Już zastanawiałam się nad wzięciem Uszatka do domu, ale z racji posiadania trzech kotów i co tu dużo pisać - dość sporych wydatków na nie, rozum wziął górę nad sercem. 
W rozmowie z sąsiadką, która również przyłączyła się do dokarmiania kota, poruszyłam ten temat, a gdy zawiozła na moją prośbę Uszatka do weterynarza, by sprawdzić co ma z tym klapniętym uszkiem, poinformowała mnie, że gdy tylko otworzą schronisko dla kota, "nasz" podopieczny trafi tam na zimę. No cóż - nie bardzo podobała mi się ta opcja, ale z braku innej, trzeba było brać ją pod uwagę. W między czasie szukaliśmy dla niego dobrego domu, ale niestety - nie było chętnych. W końcu Hania zapytała swojego chłopaka, czy jego rodzina nie wzięłaby Uszatka. Mieszkają na wsi, nie mają swojego kota, więc może by wzięli. I tak w niedzielę - 13 listopada - zawieźli mojego podopiecznego do nowego domu. Mam nadzieję, że "13" okaże się dla niego szczęśliwa i że w jakiś sposób odnajdzie swoje miejsce na Ziemi.
Nie powiem, kiedy wzięłam go do domu i zamknęłam w pokoju, by oddzielić od swoich kotów i przygotować do wyjazdu i gdy tak zobaczyłam, jak zwinął się w kłębuszek, jak mruczał z radości, że jest mu cieplutko i dobrze, łzy wzruszenia pojawiły się i myśl, że chyba go nie oddam, że przecież mi zaufał,  dał się oswoić, że nawet nie przeczuwa, że pojedzie w zupełnie inne miejsce, z dala od swojego już poznanego terenu. 
"Mamo, to zastanów się, bo już jedziemy" - córcia przerwała mi te myśli i musiałam wrócić do realnego świata. Przytuliłam Uszatka i oddałam:(((((
A teraz już drugi dzień nie mogę się pozbierać - wciąż myślę, czy będzie mu tam dobrze, czy nikt go nie skrzywdzi i czy oddanie go, to naprawdę była dobra decyzja. Nie znam tych ludzi, mogę tylko zaufać słowom chłopca Hani, ale tak naprawdę w tej kwestii to ufam tylko sobie. I choć powtarzam wciąż, że nigdy więcej nie chcę przechodzić przez takie emocje, to wiem, że gdy znów przybłąka się jakaś kocina na balkon, będę pomagać mu w miarę swoich możliwości...
Teraz czekam tylko na telefon od córci, kiedy zadzwonią do nowych opiekunów Uszatka i dowiedzą się jak się tam aklimatyzuje.





Tak wyglądało jego miejsce do spania - szafka opatulona dwoma grubymi kocami, kartonami i workami plastikowymi, by nie dochodził deszcz, wzdłuż balkonu postawiłam duży karton, na barierce zawiesiłam stare zasłony, by  w miarę możliwości osłonić od wiatru i deszczu.



sobota, 12 listopada 2016

Sweter szydełkowy z melanżowej włóczki

Zrobienie tego swetra trwało kilka miesięcy. Były próby zrobienia z tej włóczki swetra na drutach, kilka razy swetra na szydełku z warkoczami i kilkanaście razy próby podejścia do tego, który teraz pokazuję.  A to za dużo oczek nabrałam na karczek, a to za mało, a to znowu za dużo, to znów zamiast podwójnych słupków, dziergałam pojedyncze...  i tak bez końca. Już myślałam, że porzucę jego ukończenie, bo i wypaliła się moja cierpliwość i z tego też powodu niechęć do szydełkowania w ogóle. Ale w między czasie zrobiłam dwa sweterki dla Hani i odpocząwszy od ciągłego prucia, wróciłam do niego.
Projekt swetra oczywiście z "głowy"; wzór fantazyjny z  zeszytu robótkowego: Sandra extra - Szydełko trendy 6/2012 oraz wzór podstawowy - podwójne słupki i oczka rakowe. Sweter  ma lekko wydłużony tył. Do swetra z resztki włóczki dorobiłam zapinany na guziczki szaliczek. 












 Życzę miłego, sobotniego wieczoru i słonecznej niedzieli :)) Pozdrawiam serdecznie:))

czwartek, 10 listopada 2016

90 - lecie zamojskiego Kina "Stylowy" i recenzja filmu "Przełęcz ocalonych"

Wczoraj - 9 listopada - byłam z Basią na Jubileuszu z okazji 90 - lecia zamojskiego kina "Stylowy". 
Moja córcia pilnie notowała, co się w danej chwili wydarza, a to z racji tego, że jako sekretarz Młodzieżowej Rady Miasta i uczestniczka projektu  MaY  miała napisać sprawozdanie z tej Imprezy:)) 
Były przemówienia, projekcja filmu "Zatrzymani w ... kinie" Doroty Nowakowskiej, odznaczenia kinowej kadry, a po projekcji głównego filmu - szampan i tort :))



powyższe zdjęcia robione przez Basię

Mam pamiątkę (siedzę z Basieńką po lewej stronie), dzięki temu zdjęciu fotoreportera Nowego Kuriera Zamojskiego:)) 

powyższe zdjęcie pochodzi ze strony "Nowy Kurier Zamojski"

*

W ramach Jubileuszu odbyła się zamojska premiera filmu Mela Gibsona "Przełęcz ocalonych". Film oparty na faktach. Desmond Doss - cichy, spokojny chłopak z Virginii, zaciągnął się do wojska, by zostać sanitariuszem. W czasie szkolenia odmawia noszenia broni, czym wywołuje niezadowolenie przełożonych i z racji nałożonych na niego i za niego kar, niechęć czy wręcz nienawiść  swoich kolegów. Jego decyzja odmowy noszenia karabinu skutkuje sądem wojskowym i grozi mu albo wydalenie z wojska, albo kara więzienia. Jest nieugięty nawet w takiej sytuacji i powołuje się na swoje konstytucyjne prawa - jako adwentysta dnia siódmego. I te prawo gwarantuje mu wygraną. 
Wraz z całym oddziałem zostaje skierowany do walki o Okinawę. Oczywiście nie ma ze sobą broni, natomiast ma ze sobą torbę z lekami i bandażami. To jest jego oręż! I tu, na tej wyspie ów "zaszczuty", mający przeciwko sobie cały oddział "żołnierz bez karabinu", dokonuje rzeczy niemożliwych. Pozostawiony sam na polu walki, w ciągu jednej nocy ratuje ponad 70 rannych żołnierzy, nawet swojego dowódcę. Gdyby nie on, ci zginęliby z rąk Japończyków, którzy przeszukiwali teren i dobijali rannych! Nie da się tego opisać! Emocje sięgają zenitu! Po prostu ten film trzeba obejrzeć!
Jak każdy film Gibsona, tak i ten, jest niezwykle plastyczny, emocjonalny, zaskakujący,  ale i wzruszający czy humorystyczny. Długo byłam pod wrażeniem tego filmu, naprawdę - emocje są silne!
Polecam ten film, mimo drastycznych scen bitewnych, wręcz zbyt naturalistycznej wizji krwawej masakry żołnierzy amerykańskich, jak i japońskich, ale wiadomo, niektóre sceny można obejrzeć "przez palce" czy przy zamkniętych oczach, tak jak ja to robiłam ...




kadry z filmu - źródło z internetu.

czwartek, 3 listopada 2016

Sweter granny - "kwadrat babuni"

Dzisiaj do pokazania ukończony sweterek dla Hani w stylu granny. Powstał z czarnej i beżowej włóczki, z której zaczęłam co prawda robić dla Basi sweter na drutach, ale niestety, po zrobieniu tyłu, okazało się, że moja pociecha wcale nie chce tego swetra! Nie miałam zamiaru kontynuować dziergania, bo i po co - szkoda czasu. Po prostu sprułam. I z tej właśnie sprutej włóczki powstał sweterek "kwadrat babuni".







Dwa duże kwadraty na przód i tył, cztery małe na mankiety rękawów. Całość połączona kontrastową czarną włóczką. Przedłużona plisa dołu. Prosty w formie "granny sweater".

Poniższe zdjęcie, to właśnie spruty sweter na drutach:  



*

Coraz mniej czasu poświęcam moim robótkom. Ten rok to dla mnie czas takiej robótkowej stagnacji. Nie to, że nie dziergam. Dziergam codziennie, może rzeczywiście mniej, niż kiedyś, ale efektów powalających nie ma. Zobaczymy - jeśli nie zniechęcę się całkowicie, od czasu do czasu napiszę coś tutaj i pochwalę się moimi robótkami. W końcu nic na siłę :))
Ale u Was staram się być na bieżąco -  tego sobie nie odpuszczę - w końcu muszę mieć jakieś swoje przyjemności:)))